Pytanie z nagłówka często słyszę u „cioci na imieninach”. Albo nawet żartobliwe: „To by mi nawet schlebiało jakby jakiś haker się mną zainteresował.” Te zdania brzmią rozsądnie. W końcu wujek nie jest celebrytą, politykiem ani miliarderem z tajnym sejfem. Tylko że w cyfrowym świecie większość zagrożeń nie wygląda jak scena z filmu, gdzie ktoś konkretnie „bierze cię na celownik”. Bardziej jak przemysłowa taśma produkcyjna, na której ludzie są sortowani według profili – a potem dostają treści, bodźce i „okazje”, które mają ich popchnąć w określoną stronę.
Nie chodzi o to, że ktoś czyta twoje maile z kawą w ręku i złowieszczym uśmiechem. Chodzi o to, że systemy masowo zbierają sygnały o tym, kim jesteś, w jakim jesteś nastroju, czego się boisz, co cię wkurza, co cię cieszy i co cię skłania do kliknięcia.
Nie jesteś celem – jesteś segmentem
„Atak indywidualny” jest drogi. Wymaga czasu, rozpoznania, ryzyka i kompetencji. Dlatego jest rzadki.
Za to „przetwarzanie populacji” jest tanie, zautomatyzowane i skaluje się świetnie. W świecie reklam, rekomendacji i mediów społecznościowych podstawowym produktem nie jest artykuł, filmik ani post. Produktem jest przewidywalność twoich reakcji.
- Co cię zatrzyma na dłużej?
- Co sprawi, że klikniesz?
- Co wywoła emocję: złość, strach, oburzenie, poczucie zagrożenia?
- Co pogłębi twoją „bańkę”, żebyś częściej wracał?
Nie trzeba wiedzieć o tobie „wszystkiego”. Wystarczy wiedzieć „w sam raz”, żeby przewidywać i wpływać.
„Nie mam nic do ukrycia” – czyli mylenie prywatności z tajemnicą
Prywatność nie jest o ukrywaniu zbrodni. Prywatność jest o kontroli kontekstu. To, że coś jest niewinne, nie znaczy, że nie może zostać użyte:
- do manipulowania twoimi emocjami,
- do tworzenia stereotypowego obrazu ciebie,
- do podbijania twoich lęków,
- do sprzedawania ci rzeczy i idei w najgorszym możliwym momencie (kiedy jesteś podatny).
To trochę jak z zasłonami w oknie: nie zasłaniasz ich dlatego, że w salonie planujesz przewrót państwowy. Zasłaniasz je, bo to twoja przestrzeń i ty decydujesz, kto i kiedy ma wgląd.
Co jest naprawdę „czytane” – treści, metadane, wzorce
Nawet jeśli nikt nie analizuje ręcznie twoich wiadomości, to w praktyce liczy się coś innego: metadane i wzorce zachowań.
- z kim rozmawiasz i jak często,
- kiedy jesteś aktywny,
- na co reagujesz,
- co ignorujesz,
- jakie tematy wracają,
- jak zmienia się twój język i nastrój (tak, to też da się modelować).
Z tych okruchów da się zbudować profil często dokładniejszy niż twoje własne „wydaje mi się, że jestem taki i taki”.
Najpierw reklamy, potem emocje, na końcu „dziel i rządź”
W najlepszym scenariuszu kończy się na targetowaniu reklam. „Interesujesz się rowerami, to proszę – promocja kasków”. W gorszym scenariuszu w grę wchodzi targetowanie emocji. A emocje mają fatalną właściwość: są świetnym paliwem dla zasięgów. Treści, które wzbudzają niepokój, oburzenie albo poczucie zagrożenia:
- łatwiej przyciągają uwagę,
- częściej są udostępniane,
- mocniej przyklejają do ekranu.
Jeśli system jest optymalizowany pod „zaangażowanie”, to bardzo łatwo wyląduje w miejscu, gdzie opłaca się podgrzewać konflikt. Dziel i rządź jest starą sztuczką polityczną, a współczesna technologia potrafi ją robić szybciej, taniej i bardziej subtelnie – bo każdemu może podsunąć inny „zestaw bodźców”, skrojony pod jego profil.
Efekt uboczny? Ludzie żyją w równoległych rzeczywistościach informacyjnych i coraz trudniej im się dogadać, nawet jeśli na poziomie wartości są do siebie bardziej podobni, niż myślą.
Dlaczego argument „kto by się mną interesował” nie jest trafiony?
Bo zakłada niewłasciwego przeciwnika. To nie jest detektyw z lupą. To jest statystyk z turbodoładowaniem. Nie interesujesz go „ty”, tylko „ty jako wektor prawdopodobieństw”:
- prawdopodobieństwo kliknięcia,
- prawdopodobieństwo zakupu,
- prawdopodobieństwo zmiany opinii,
- prawdopodobieństwo złości na grupę X,
- prawdopodobieństwo, że zostaniesz dłużej.
To nie jest osobiste. To jest skalowalne.
Co można z tym zrobić bez popadania w paranoję
Celem nie jest życie w jaskini bez internetu. Celem jest odzyskanie odrobiny sprawczości.
- Ogranicz personalizację reklam i rekomendacji tam, gdzie się da.
- Traktuj uprawnienia aplikacji jak umowy: „po co ci to i co dostaję w zamian?”.
- Używaj narzędzi, które redukują śledzenie (blokery trackerów, przeglądarki z sensowną ochroną, ograniczanie ciasteczek stron trzecich).
- Oddzielaj role: inny adres do rejestracji, inny do spraw ważnych; osobne konta/profil przeglądarki do pracy i rozrywki.
- Rozważ komunikatory z szyfrowaniem end-to-end do rozmów prywatnych.
- Dbaj o higienę informacyjną: obserwuj różne źródła, rób sobie przerwy, nie karm algorytmu tylko jednym rodzajem treści.
Prywatność nie jest „ucieczką przed podsłuchem”. Jest formą samoobrony przed światem, który bardzo chce cię uprościć do kilku etykiet i reakcji.
Na koniec najbardziej przewrotna myśl: prywatność działa trochę jak odporność zbiorowa. Nawet jeśli ty akurat nie jesteś „interesujący”, to masowe normalizowanie śledzenia i profilowania sprawia, że całe społeczeństwo staje się łatwiejsze do sterowania. A to już nie jest problem jednostki, tylko infrastruktury władzy.